Archive for ◊ Maj, 2011 ◊

• 2011-05-29

Ruszamy zaraz. Kierunek Cieśnina Gibraltarska. Prognozy… na dwie doby dobre, potem hmmmm… potem się zobaczy… ale wiatry raczej „liche”.

Na stronie nowości.

Dodaliśmy galerię z rejsu 2/2011 – Wyspy Zielonego Przylądka-Martynika. Uwaga, bo zdjęć dużo… i nie będę się tłumaczyć dlaczego ;) >>>PRZEJDŹ DO GALERII<<<

Napisaliśmy też relację z rejsu 5/2011 – Karaiby-Azory oraz dodaliśmy zdjęcia do galerii. Za to tutaj zdjęć mało i takie jak humory panujące na tym rejsie… szarawe. >>>PRZEJDŹ DO GALERII<<<

Zapraszamy do oglądania i czytania. >>>PRZEJDŹ DO RELACJI<<<

Niestety nie będzie z nami kontaktu. Nasi znajomi, którzy przekazywali wiadomości z Atlantyku robią sobie wakacje i nie będzie ich na jachcie.

Oczywiście odezwiemy się jak tyko wpłyniemy w zasięg lądu. Do Gibraltaru 1000 Mm, do brzegu Portugalii 800 Mm… i oby tylko tyle.

• 2011-05-29

Rejs morski nr 5/2011 – krótka relacja.

Start: St Martin – Philipsburg – 07.04.2011

Meta: Sao Miguel – Ponta Delgada – 22.05.2011

Postój Żagle Silnik Mm
81h 702h 287h 3050

Załoga zaokrętowana w składzie:

Ania i Artur (czyli my ;))

Odwiedzane porty: Porto Dos Lajes (Flores), Horta (Faial)

Relacja:

SONY DSC Zaplanowaliśmy 30 dni rejsu z Karaibów na Azory. Według map pilotowych pocztkowo miały nam towarzyszyć wiatry wschodnie i północno-wschodnie (a więc ostry bajdewind). Potem stopniowo wiatr miał stawać się pełniejszy aż do baksztagu…

Zakładaliśmy średnią prędkość około 3,3 węzłów. Co przy ostrym bajdewindzie dla Berga jest możliwe, a przy „pełnym” spokojnie do osiągnięcia. W półwietrze i baksztagach średnia prędkość to około 5,5 – 6 węzłów… Zakładając, że wieje minimum  10 węzłów.

Od razu podsumuję, że średnią prędkość utrzymaliśmy, ale zamiast zakładanych 2300-2500 Mm zrobiliśmy 3050Mm. Spędziliśmy na morzu 40 bardzo długich dni aż dopłynęliśmy do wyspy Flores. A oto jak było.

Rozpoczęliśmy rejs wpadając po dwóch dobach w zatokę niżową, która początkowo pozwalała nam  płynąć tyklo na południe (lub północny-zachód), potem w dobrym kierunku ale z wiatrami do 40 węzłów. Trzymała nas trzy i pół doby, aż nastały wiatry słabe (głównie przeciwne). Zapasów paliwa mieliśmy na 10 dni motorowania. Podpływaliśmy więc trochę na silniku, łapaliśmy każdy podmuch dobrego wiatru. „Ziarnko do ziarnka” zbieraliśmy mile do celu.

Jednego dnia cisz, gdy to sobie pyrkaliśmy na silniku wypatrzyliśmy dość blisko nas piękny jacht żaglowy. Poczuliśmy przypływ optymizmu… że nie sami w tej biedzie „walczymy”… choć w duszy, podświadomie czaił się niepokój, że ich bieda nieco inna niż nasza. Szybko potwierdziła nasze „obawy” prędkość z jaką ten jacht nas minął (około 11 węzłów!). I znów sami.

SONY DSC Sami nie wiemy jak nam się udało dopłynać do 35 N skąd zostało już tyko 300Mm do Horty i zapasy paliwa na dwie doby. Czyli „już w ogródku”. Zaczęły nas mijać statki, pojawiły się ptaki – poczuliśmy bliskość lądu. Niestety te 300Mm byłoby „tylko” gdyby wyż azorski stał na swoim miejscu… Nie stał, więc okazały się „AŻ”, a południk 35N jakąś granicą nie do sforsowania.

Przyszedł niż, a z nim wschodnie wiatry w okolicach 40 węzłów. Jak lew w klatce krążyliśmy wzdłóż 35N – na północ i na południe… i od nowa. I jak nas tak dobę „wytrzepało” to ten sam niż nakrył nas swoim centrum. A tam cisza i duża martwa fala ze wszystkich kierunków. Silnika nie było co uruchamiać, bo fala zatrzymywała jacht w miejscu.  I ciągle to 35N przed nami.

Artur jarał, ja płakałam, gryzłam, drapałam, kopałam, modliłam się, prosiłam, błagałam, w układy z samym diabłem chiałam wchodzić (ale nie pojawił się czart jeden)… ostatecznie leżałam w koi bez życia (to głównie)… ale nic nie przynosiło upragnionego skutku. Cisza trwała. Bezsilność wręcz bezradność strąciła morale do zezy. Ciągle jednak z nadzieją odbieraliśmy prognozy – wyczekiwane jak losowanie wygranych w toto-lotka… ale niestety, nie wygrywaliśmy.

Wydawało nam się, że jak miniemy 35N to wszystko się odmieni. Po trzech dobach stania w zupełnej ciszy, trzepani martwą falą na lewo i prawo, dręczeni wyrzutami sumienia (nasze spóźnienie rosło), mowiliśmy sobie „byle jak, ale niech zawieje”. Hm. Nie na darmo wiele dowcipów przestrzega o ostrożnym wypowiadanu życzeń. Zawiało – ze wschodu. Początkowo na tyle silnie, że mogliśmy się halsować. Robiliśmy około 40Mm na dobę do celu, ale zawsze to jakiś postęp.

Od 8 maja do 15 maja upłynęliśmy 180Mm. Można się załamać… tym bardziej, że rzeczywistosć potwierdzała odbierane prognozy. Kolejna doba wiatru ze wschodu tyle, że w granicach 10 węzłów. Przy takim wietrze „Berg” już nie halsuje, a próby płynięcia na silniku dawały nam predkość 2 węzłów. W tym momencie paliwa mieliśmy na dobę motorowania, a do celu 120Mm. To spowodowało zmianę taktyki. Postanowiliśmy odpaść na wyspę Flores – mieliśmy do niej 40Mm. Tam zatankowaliśmy, Artur przespał parę godzin i ruszyliśmy z nadzieją na zapowiadane wiatry z północnego-wschodu… które jakoś uparcie wiały nadal ze wschodu.

Chwilkę poświęcę wyspie Flores. Ładna, nawet bardzo, ludzie sympatyczni i uczynni… choć jak to południowcy bywają porywczy.

SONY DSC Jest tam mała marinka, do której wpłynęliśmy, a która, jak się okazało, jest dopiero w budowie. Udało nam się zacumować  do zbyt małej kei, przestawiliśmy przy okazji trochę słupek z prądem i wodą (zupełnie w złym miejscu postawiony) i w tym momencie na keję wpadł Pan zarządzający budową tej mariny. Krzyczał długo po portugalsku, dużo gestykulując i pokazując na małe znaczki drogowe – zakaz postoju – zawieszone na dalbach… Pokazywał też na słupek i krzyczał, że coś „pięć”… może już pięć razy ktoś ten słupek mu przestawił (bo też i tak wyglądał porysowany cały, a my tylko troszeczkę). Krzyczał, krzyczał, a potem zamilkł. Powiedzieliśmy, że nic nie rozumiemy, ale że jak dostaniemy disla to sobie popłyniemy. Machnął na nas ręką, pokazał do kogo się zgłosić i za dwie godzinki mieliśmy już paliwo z dostawą na jacht… oraz pozwolenie zostania do rana :).

Niestety wrunki w marinie przy tym kierunku wiatru są koszmarne. Fala wchodząca do portu zerwała nam 4 cumy. Cały czas czuwaliśmy dokładając kolejne. Ostatecznie raniutko wypłynęlismy w kierunku Faial.

Do Horty dopłynęliśmy już bez przygód, poczatkowo na silniku i żaglach, potem nawet chwilkę na samych żaglach… Jednak przyjemnie żegluje się z wiatrem.

W porcie przywitała nas czekająca  10 dni załoga. Okazali się niezwykle sympatycznymi ludźmi… i nawet przepłynęli się z nami z kei recepcyjnej na nasze właściwe miejsce w marinie ;). Ostatecznie z ich rejsu po Azorach nic nie wyszło, mimo to byli bardzo wyrozumiali i ciepło nas przyjeli – za co bardzo dziękujemy. SONY DSC

Rejs zakończylismy przepływając z Horty do Ponta Delgada na Sao Miguel… a tu czekały na nas znów przeciwne wiatry… ale to już inna historia.

Do kolekcji dobrych wspomnień dopisuję częste wizyty delfinów oraz dość bliskie spotkanie z wielorybem. Puścił fontannę, podpłynął do jachtu z wystawionym nosem i dał nura. Dopiero za jakiś czas,  już daleko znów puścił fontannę i wreszcie pokazał ogon. Udało mi się „cyknąć” fotkę, może nie wymarzoną ale długo wyczekiwaną.

W piątek 13 odwiedziła nas jaskółka (lub ptak jaskółkopodobny). Bez pytania wpadła do mesy i zajęła – a jakże – jaskółkę. Była zmęczona, ale miejsca zagrzać nie mogła. Wylatywała i wracała, aż wreszcie zniknęła. Po paru godzinach dopiero odnaleźliśmy jej martwe ciałko w moim kapciu. Nie wiem tylko czy wyzionęła ducha przed czy po tym, jak na kapcia nadepnęłam… „tak czy siak” – miała pecha.

Koniec.

Nasze zdjęcia z rejsu w GALERII.

• 2011-05-24

I zamurowało nas w Ponta Delgada…

Miało być pięknie. Po przepłynięciu Atlantyku spokojne zwiedzanie Azorów… potem szybki skok do Lizbony i bardzo lubiana przez nas Portugalia w leniwym rejsie od portu do portu…

Widać w tym sezonie nie dany jest nam spokój. Pogoda zupełnie nieprzewidywalna… nasz znajomy określił to bardziej dosadnie… mianowicie, że „pogodzie odp……… w tym roku”. Może i trafnie. Aktualnie wieje z północnego-wschodu. Prognozy nie zapowiadają zmiany przez następne 4-5 dni. Oczywiście liczymy na to, że się nie sprawdzą, więc trzy razy dziennie sprawdzamy griby, mapki i … mamy jeszcze nadzieję.

Nie mniej, na Lizbonę już szans nie mamy.

Zaczynam denerwować się na Artura, że nie jest bogiem wiatru… ja zaczynam być boginią chmury gradowej, która rośnie z każdym dniem nad moją głową. Strzelają z niej pioruny i – co dziwne – powoduje „muchy w nosie”… No cóż… możecie śmiało współczuć Arturowi.

Zróbcie tam pospolite ruszenie, odwiedźcie swoich bogów, zapalcie kadzidła, podrzućcie na tacę… pielgrzymki na Jasną Górę nie wymagamy… ale wymodlić nam tu dobry wiatr byście mogli! (Tylko nam tu nie piszcie, że „taka karma”…)

• 2011-05-20

SONY DSC Dziś ruszamy do Punta Delgada. Wiatru nie ma… a i prognozy nie zapowiadają nic dobrego.

Tradycyjnie w Horcie należy zostawić po sobie znak na murze. Nasz wpis z 2008 roku utrzymał się na swoim miejscu więc teraz tylko dodaliśmy kolejny rok.

Nad nami (nieco na szybko) wpisali się Ania z Antkiem (tym tajemniczym z wpisów „atlantyckich”) z Grain de Sable. Oni ruszyli właśnie na Kanary.

• 2011-05-19

SONY DSC  Wczoraj dopłynęliśmy do Horty. Miłe przyjęcie przez naszą niestety niedoszłą załogę (nie zabili nas, a nawet wykazali duże zrozumienie – za co bardzo dziękujemy), pyszny rosół, gorący prysznic i dołaczone do niego mydełko (gratis) z napisem „Enjoy your life” doprowadziły już nasze zdrowie psychiczne do normalnego stanu. Nawet morale zaczyna wystawiać nos z zęzy… ale czeka nas jeszcze przelot do Lizbony więc jest baaardzo ostrożne :). Nikt ostatecznie z nami nie płynie, kontynuujemy więc nasz romantyczny rejs we dwójkę.

Rety! Jak tu po tej stronie Atlantyku zimno! Przecież temperatura spada nawet poniżej 17 stopni! Woda to w ogóle lodówka – ma 15 stopni. Brrrrrrrrrrrr.
Na morzu są jeszcze nasi przyjaciele na „Karolce”, wypłynęli tydzień po nas z Karaibów… i im, tak jak i nam, na 300Mm przed Hortą przestało wiać… Współczujemy im bardzo i teraz my trzymamy za nich kciuki.

P.S. Dziękujemy oficjalnie za wszystkie ciepłe maile – one też podziałały „budująco”.