Przeglądasz wpisy w kategorii ◊ Rejsy 2010 ◊

• 2010-12-27

Rejs morski nr 13/2010 – krótka relacja.

Start: Puerto Calero – Lanzarote – 25.10.2010

Meta: San Miguel – Teneryfa  - 07.11.2010

Postój Żagle Silnik Mm
256h 42h30” 11h30′ 229

Załoga zaokrętowana w składzie:

Józef (Tatko), Władek

Odwiedzane porty: Gran Tarajal (Fuerteventura), Morro Jable (Fuerteventura), Las Palmas (Gran Canaria), Arquinegin (Gran Canaria), Puerto de Mogan (Gran Canaria)

Relacja:

Rejs był dokładnie taki jaki miał być. Pływanie z wyspy na wyspę z dobrym wiatrem, ładna pogoda, plażowanie i wycieczki samochodowe. Wszystko to zostało zrealizowane w miłym towarzystwie Władka i mojego Tatki…

Rejs rozpoczęliśmy na Lanzarote, którą zwiedziliśmy samochodem. Pojechaliśmy do Parku Timanfaya… Widoki…hm… piękne to złe określenie (choć na swój sposób trochę piękne)… księżycowe już bardziej pasuje… Tato stwierdził, że już nie musi sobie wyobrażąć jak świat będzie wyglądał po “atomie” ;)

Na Fuerteventurę przepłynęliśmy ze słusznym fordewindem. Fala niemiła, ale Tatko i Władek dzielinie znieśli pierwszą noc w morzu.  W Gran Tarajal spotkaliśmy jacht AnnaF z miłą załogą na pokładzie – co zaowocowało hucznie spędzonym wieczorem.  Przy Morro Jable za to, właściwie wykorzystaliśmy słonko, piaszczystą plażę i ciepłą wodę w oceanie.

Najwięcej czasu spędziliśmy na Gran Canarii. Najpierw odwiedziliśmy stolicę wyspy – Las Palmas. Potem zrobiliśmy wycieczkę samochodową po środkowej części wyspy. Niestety najlepsze górskie widoki zniknęły we mgle.

Odwiedziliśmy też wydmy przy Maspalomas – wiał silny wiatr, który zrobił nam w głowach Saharę. Nie dało się usiedzieć na plaży, a fala powalała każdego!

Rejs zakończyliśmy na Teneryfie również wycieczką samochodową po wyspie.

Nasze zdjęcia z rejsu w GALERII

• 2010-12-27

Rejs morski nr 12/2010 – krótka relacja.

Start: Kadyks – 03.10.2010

Meta: Puerto Calero (Lanzarote)  - 24.10.2010

Postój Żagle Silnik Mm
212h30′ 142h30′ 111h 684

Załoga zaokrętowana w składzie:

Marek, Adam

Odwiedzane porty: Mahommedia, El Jadida, Essaouira, Graciosa.

Relacja:

Ten rejs całkowicie zdominowała nie najlepsza pogoda w okolicach Maroka. Zrezygnowaliśmy z Gibraltaru i Ceuty.  Zamurowało by nas w Cieśninie i uznaliśmy, że lepiej dać się zamurować w Maroku (bardziej egzotycznie :)). Co też i się stało. Cztery doby spędziliśmy w Mahommedii. Najpierw przechodził duży swell, a potem duży wiatr. W marinie keje są dość lichutkie. My staliśmy “w drugim rzędzie” dziobem między dwiema motorówkami z kotwicą z rufy rzuconą… po prostu za wiele jachtów jak na taką malutką marinę poszukało tu schronienia. Na szczęście nie dogadaliśmy się z Port Controll gdy tu wchodziliśmy (a na prawdę próbowaliśmy), bo by nas nie wpuścili… Tak właśnie odesłali nas “z kwitkiem” z Rabatu.
Mahommedia nie jest zbyt ciekawym miastem – jak to piszą w przewdnikach „nie ma turyście za wiele do zaoferowania”, ale można stąd wybrać się na wycieczkę do Casablanki.
W końcu mogliśmy ruszyć się z Maommedii. Przebiliśmy się (dosłownie) do El Jadidy. Cała dobę pod wiatr i falę.  Była to wycieczka traktorem, po wzburzonym morzu… ale daliśmy radę.

Zanim jednak opuściliśmy Mahommedię wzięliśmy udział w “jachtowym party” zorganizowanym przez sympatycznego bosmana Ahmeda. Było nieco do zjedzenia i znacznie więcej do wypicia. Głównie wino, ale mocy dodawał trunek ze Słowenii i własnej roboty “rabarbarowy killer” z Francji. Było międzynarodowo i wesoło. Dobrze, że imprezę zakończył deszcz, bo poranek byłby bardzo ciężki… a tak był tylko ciężki.

Aha – wygarnęliśmy Francuzom wszystko co sądzimy o ich celnikach. A co!

El Jadida – tu dopiero poczuliśmy klimat Maroka. Ciekawe mury Mediny (która nie jest jeszcze „turystyczna”), targ rybny, dobre jedzenie, owoce i straszliwy bałagan i tłok wszędzie! I wszechobecna muzyka… za głośna… uhlaaaghullaahaaanaaahhaaannaaajjjjj… Wybraliśmy się całą załogą na obiad. Były tadżiny i mięso mielone i już nie pamiętam co jeszcze – ale z pewnością wszystko było smaczne :)

Następny port to Essaouira. Tu już jest bardziej turystycznie. Łatwiej znaleźć jedzenie fastfoodowe niż marokańskie. Za to medina jest ogromna (można się zgubić-potwierdzamy) i handel kwitnie.

Z Essaouiry wypłynęliśmy 15.10 wieczorem z dobrym wiatrem, który niestety “zdechł” po dobie… ale fajnie się płynęło baksztagiem, a potem fordewindem. Potem cisza na morzu, a u nas “pyrpyr” silnika. Dni były słoneczne, a noce… ech… noce piękne. Do północy księżycowe, a potem gdy księżyc zachodził gwieździste “że hej”!

Pierwszą wyspą kanaryjską była Graciosa. Oj lubimy, lubimy. Stanęliśmy na kotwicowisku. W marinie potrzebne było jakieś “autorisation”, które w zeszłym roku nie było konieczne. To i lepiej, że nie mieliśmy, bo klimat na kotwicowisku był „przedni” Stało mnóstwo jachtów, a wieczorem zostało zorganizowane “beach party”. Było ciekawe jedzenie i turniej gry w bule.  Plaże na Graciosie są ładne, piaszczyste, a  woda miała 23 stopnie…

Rejs zakończyliśmy w bezdusznym Puerto Calero na Lanzarote.

Nasze zdjęcia z rejsu w GALERII

• 2010-12-27

Rejs morski nr 11/2010 – krótka relacja.

Start: La Coruna – 19.09.2010

Meta: Kadyks – 02.10.2010

Postój Żagle Silnik Mm
110h 116h 84h 596

Załoga zaokrętowana w składzie:

Jurek, Maciej, Piotrek, Łukasz

Odwiedzane porty: Camarinas, Finnister, Porto, Cascais, Sines

Relacja:

Rejs rozpoczęliśmy w La Corunie. To miasto okien! Ciasna zabudowa starego miasta na nowo zdefiniowała mi określenie “mieć sąsiada balkon w balkon” :). Niestety początkowo wiatry pokrzyżowały nieco plany tego rejsu. Miało być więcej południowej Portugalii, a było więcej północnej Hiszpanii…

Wiatry południowe zapędziły nas do Camarinas (Hiszpania). Planowaną wycieczkę do Santiago de Compostela zrujnowała godzina oczekiwania na autobus… Morale podupadło, sjesta się zaczęła… po prostu przestało nam się chcieć. Z tego wszystkiego ci, którzy byli na wakacjach poszli się wykąpać… dobrze, że my się nie “zakwalifikowaliśmy”, bo woda miała 15 stopni!! Następny port to Finister. Mała mieścinka z wąskimi ulicami i nieco zniszczonymi budynkami. Spędziliśmy tu dwa dni czekając na lepszy kierunek wiatru. W mieście często spotkać można pielgrzymów ze szlaku do Santiago de Compostela. Nasza załoga spotkała Polaków z Kanady, którzy właśnie ukończyli pielgrzymkę – bardzo miło opowiadali nam o tym spotkaniu.

Do Porto dopłynęliśmy sobie z wiatrem – czasem za słabym na żeglowanie bez silnika – ale zawsze z dobrego kierunku. A raz zawiało nawet mocniej i się genua potargała – więc my, zamiast odwiedzić po raz kolejny Porto, smakowaliśmy sobie porto w towarzystwie naszej drogocennej czechosłowackiej (!) maszyny do szycia. Też było dobrze.

Na zwiedzanie Lizbony został niestety tylko jeden dzień i musieliśmy płynąć dalej. Po drodze tylko jeden króciutki postój w Sines gdzie byliśmy umówieni ze znajomymi i już prosto do Kadyksu.

Kadyks. Jedno z naszych ulubionych miast – gdyby nie to, że do centrum z mariny tak daleko! Na szczęście w tym roku było spore udogodnienie, bo wypożyczyliśmy w marinie rowery! Luksus.

Dziękujemy Maćkowi za uzupełnienie, a właściwie wyposażenie naszej apteczki jachtowej… oraz przeszkolenie medyczne.

Nasze zdjęcia z rejsu są w GALERII

• 2010-12-27

Rejs morski nr 10/2010 – krótka relacja.

Start: Dublin (Howth) – 04.09.2010

Meta: La Coruna – 17.09.2010

Postój Żagle Silnik Mm
163h 127,5 88,5h 647

Załoga zaokrętowana w składzie:

I wachta: Tadeusz i Kasia

II wachta: Wiesiek i Igor

III wachta: Maciek i Maciek

Odwiedzane porty: Dublin-Dun Laoghaire, Arklow, Rosslare Europort, Sada

Krótka relacja:

Biskaje osławione potraktowały nas łaskawie. Po długim oczekiwaniu w Irlandii na korzystny kierunek wiatru, udało nam się prawie bezboleśnie przeprawić do Hiszpanii. 5 dni – z czego niestety 3 dni na silniku… mogło być lepiej, ale mogło też być gorzej więc doceniamy to jak było.

W Hiszpanii czekał na nas deszcz – ale tylko po to żeby szok temperaturowy nie był zbyt duży. Pokropiło przez godzinkę, a potem słońce wyszło i świeci tak do dziś ;).

Pierwszym portem w Hiszpanii była Sada. Omal nam nie pękły brzuchy z owocowego obżarstwa. Miło jest być w kraju gdzie owoce nie są dobrem luksusowym.

Rejs zakończyliśmy w La Corunie też obżarstwem ale i dodatkowo „opijstwem”! Ostatni wieczór zakończył się tańcami w mesie (zejściówka została wystawiona na dek celem zyskania przestrzeni na parkiecie) oraz wyjściem na dyskotekę o 5 rano – gdzie balowaliśmy do 7!(tylko Artur nie brał w tym udziału)…

Poranek…hmmm… można rzec trudny, a dodatkowo myśl, że wino „znów i nadal” kosztuje mniej niż euro nie ułatwiała rachunku sumienia oraz obiecania poprawy.

Nasze zdjęcia z rejsu: TUTAJ (Uwaga. Wyjątkowo mało.)

• 2010-12-27

Rejs morski nr 9/2010 – krótka relacja.

Start: Inverness – 22.08.2010

Meta: Dublin – 04.09.2010

Postój Żagle Silnik Mm
225h45′ 23h 61h15′ 303

Załoga zaokrętowana w składzie:

Waldek

Odwiedzane porty: Kanał Kaledoński: Dochgarroch, Fort Augustus, Loggan; Oban, Crinan, Ballycastle, Bangor

Relacja:

Okazuje się, że jak ma się szczęście to i Szkocja może być słoneczna. Z żalem opuściliśmy Kanał Kaledoński. Były spacery, grzyby i ogólne obijanko… ale cóż… żegnaj sielanko. Znów zaczęliśmy się martwić prognozą pogody, prądami, pływami – uuuuch, a taka była przyjemna laba.
Kanał to nie jest wyzwanie żeglarskie ale za to widokowo bardzo ładny… jeśli tylko pogoda dopisuje.

W Kanale spotkaliśmy Polonusa z miłą ekipą na pokładzie. Niestety płynęli w przeciwną stronę, a szkoda.

Miłe dwa dzionki spędziliśmy też przy Crinan Canal. Jednego dnia przeszliśmy się wzdłuż kanału zajadając dojrzewające (ale jeszcze nie do końca dojrzałe niestety) jeżyny. Aj jaka szkoda, że nie mogliśmy tam zostać paru dni – można by zamieszkać przy krzaczkach i się objadać bez końca. Drugi dzień to spacer po lesie ze skarłowaciałymi dębami, paprociami i w ogóle ”zieloną zielenią”. Tego na pewno będzie nam brakować w “ciepłych krajach”. Aaaa i jeszcze odwiedziliśmy grzywiaste krowy na  pastwisku.

Następny portem było Ballycastle. Akurat w tym czasie odbywał się tam coroczny market uliczny i ogólna feta. Zjechała się chyba cała Irlandia, a z pewnością jej cięższa i brzydsza część. Wierzcie mi! Grubi i brzydcy! Tysiącami przelewali się przez główną ulicę miłośnicy kapeluszy, “fastfudów”, lodów, balonów, plastykowych karabinów i ogólnie przeróżnej kolorowej tandety (wśród nich oczywiście ja… ale nic sobie nie wybrałam – byłam załamana!). W nowych fryzurach, nowych strojach BEZ KOMPLEKSÓW (a czasami szkoda) … Pooglądać, kupić,muzyki posłuchać, a nawet zatańczyć, bo co kawałek jakiś lokalny artysta promuje swoje muzyczne umiejętności… a przede wszystkim najeść się w  królestwie “Fish and chips”. I tak co roku…

A po tych marketowych wrażeniach ciąg dalszy. Podeszło do Berga czterech chłopców – nim się spostrzegliśmy już stali za sterem. Chłopaki z Belfastu z rodzicami specjalnie na tę fiestę przyjechali. Oczywiście uzbrojeni w plastikowe pistolety na kuleczki co chwilę strzelali do przepływających motorówek krzycząć “fucking coś tam coś tam” (może lepiej nie wiedzieć).Rozmowa była bardzo utrudniona, bo ja ciągle musiałam prosić żeby mówili wolniej, bo nic nie rozumiem. Byli bardzo cierpliwi (w każdym razie nie grozili mi bronią, a nawet strzelić dali) tłumacząc mi pomału o co im chodzi. W zasadzie nie wiedzieli gdzie jest Polska, słowo Europa też jakby nic im nie mówiło dopiero na słowo Rosja nieco zareagowali kiwając głowami. A oni sami nigdy nie wyjeżdżali poza Irlandię. Sympatyczne chłopaki, choć chyba za często pytali, czy ten jacht to jest dużo wart…W międzyczasie, najstarszy – skończone! trzynaście lat – zapalił Mallboro (Light na szczęście). Pożegnaliśmy się przyjacielskim “sijalejter” – to chyba jeszcze mnie odwiedzą…

Z Ballycastle pojechaliśmy zobaczyć Giant’s Causeway – bazaltowe formy skalne. Widoki skusiły nas do przejścia wybrzeżem całkiem spory kawałek.

Rejs zakończyliśmy mile w Dublinie – spotkaniem Waldka z Wieśkiem i Maćkiem (z następnej załogi), z którymi był wspólnie na rejsie na Bergu w 2007 roku.

Nasze zdjęcia z rejsu są w GALERII