I kolejne dwa tygodnie na Svalbaldzie za nami. Jak było? Było fajnie pod każdym względem… tylko wiatrowa katastrofa! Wiało nam albo w dziób albo wcale*. Poza pierwszymi dwoma dniami – słabo – więc chociaż tyle. Dwa tygodnie na silniku – pyr pyr pyr…
Stanęliśmy na kotwicy przy Virgohamnie – miejscu skąd w XIX wieku “zapaleńcy” próbowali zdobyć biegun m.in. balonem (wyprawa Andree). Histria z tym miejscem związana mocno ale na lądzie znów tylko trochę ”szpejów”. My nawet nie schodzimy – trudno znów Artura namówić na strój teletubisia :)… ale zeszła “grupa wyprawowa” – Marcin, Wojtek i Bartek. Janusz stwierdził, że jak nie ma pubu to nie jedzie. Zostaliśmy do rana na kotwicy.
Przesypiamy ogromne ilości czasu, poprzestawiało nam się wszystko przez ten ciągły dzień – jak małym dzieciom pozamieniały nam się pory dnia. Największa aktywność przypada koło 2 w nocy – nawet teraz gdy piszę tą relację - jest 1:50 słyszę, że w kambuzie zaczęły się działania. Bartek się wyspał i teraz będzie jadł – obiad?kolację?a może już śniadanie? a może i ja coś przekąszę?
Wracając do tematu. Następnego dnia rano pozwiedzać przyszedł niedźwiedź!! One na prawdę żyją na wolności. Ale fajnie! Przez lornetkę oglądamy misia – taki ładny pyszczek, czarny nosio, nieporadnie kręci dupką… Aż się wierzyć nie chce, że taki pluszak może Cię zjeść… ale może…. więc chyba dobrze, że był sobie tak dalej trochę.
Teraz już nikt nie narzeka, że schodząc na ląd trzeba zabrać ze sobą strzelbę.
Był pomysł popłynięcia na 80 stopień. Tylko jakoś to ideologicznie dalekie żeby tak na silniku płynąć tylko po to, żeby przeciąć kawałek pustego morza… już chyba lepiej pooglądać fiordy. I tak też się stało.
Natępny w kolejce – Raudfjorden. Super białe chmury, oświetlone góry, duże warstwy kry. Nie zostaliśmy. Nastąpił odwrót na południe.
Na koniec popłynęliśmy znów do Pyramiden. Coś to opuszczone miejsce przyciąga. Ekipa wyprawowa po zwiedzeniu miasta zdobyła górę z pięknymi widokami… a my z Januszem i ekipą Eltanina poszliśmy “w miasto”. Znów było ciekawie, a mi się bateria rozładowała w aparacie więc dokumentacja w mojej głowie tylko powstała. A potem zaczęliśmy “zwiedzać po Arturowemu” – czyli wszystkie warsztaty, narzędziownie… o rany! Wszyscy tu w poszukiwaniu dzikiej natury przyjeżdżają, a my ponad godzinę w zapachu smarów… Już nawet trochę zła byłam i odmówiłam zwiedzania kotłownio-elektrowni. Ponoć świetna.
A teraz jesteśmy w Longyearbyen – czujemy się jak u siebie… coś w sobie ma ten Spitsbergen.
* Z wiatrem to taka zasada: jak wpływasz do fjordu – to wieje w dziób. Myślisz sobie: no trudno. Jak będziemy wracać będzie z
wiatrem. Ledwie się odwrócisz, postawisz genuę nakręciwszy się korbą jak szalony – no bo słyszysz Arturowe “dawaj,dawaj” i
co? Dosłownie za chwilę, nawet się nacieszyć nie zdążysz dawno niewidzianym żaglem, on już zwisa smętnie… jeszcze masz
nadzieję… prędkość spada… nadzieja znika… i grzecznie klarujesz żagiel… wiatru zero. Pyr pyr pyr…
Kategoria: Aktualności
