Archive for ◊ Wrzesień, 2010 ◊

• 2010-09-16

Jupi! Dopłynęliśmy do Hiszpanii. Jesteśmy w porcie Sada – 10 mil od La Coruny. Jak jest?? Ciepło!! A tam ciepło… jest GORĄCO! Wskoczyliśmy w letnie ciuchy (nawet skarpetki niepotrzebne) i wyglądamy trochę jak Anglicy na wakacjach – bladość powalająca :). Nie ma co się jednak dziwić od października 2009 nasza skóra nie widziała ciepłego słońca… a czasami nawet w ogóle nie widziała nic ukryta pod ciepłymi barchanami.

Nie dość, że wyglądamy jak Anglicy, do tego nikt nie zweryfikuje naszego angielskiego -np.  w marinie nikt nim nie mówi – czyli przechodzimy na język migowy. Kalambury czas zacząć – idziemy zaraz wymienić butlę gazową.

Biskaje okazały się dla nas łaskawe. Płynęliśmy 5 dni w podziale: 2 dni wiatru (i to z dobrego kierunku), 3 dni ciszy. Trochę deszczu i sporo słońca.  Mamy chyba trochę szczęścia (choć załoga nieco narzekała, że ich nie „starzało” – a po to się wybrali… czy ja wiem czy to normalne??? ;)).

Mówię Wam! Fajnie jest! Ciepło i słonecznie! Z bananem od ucha do ucha siedzę i to piszę!

P.S. Tylko czemu zimna woda pod prysznicem??

• 2010-09-08

A my – przepraszam za słowo – ciągle KIBLUJEMY w Dublinie. Podjęliśmy próbę przepchania się dalej i wylądowaliśmy w południowej marinie – Dun Laoghaire. O tyle gorzej, że Internet jest tu pozłacany… 3,5o euro za godzinę! Chyba przesadzają… Do mariny za to wchodzi się korzystając z czytnika linii papilarnych… XXI wiek NORMALNIE!

Planujemy wyjść dzisiaj w nocy i może uda nam się gdzieś dopłynąć. Prognozy obiecujące poprawę dopiero za trzy dni. Oby się sprawdziły.

• 2010-09-06

Dublin – dla nas ostatnie miejsce do zamieszkania. Nie podoba nam się i już. Stoimy na szczęście w odległej północnej dzielnicy Dublina – Howth. Jest tu ładnie, ale niestety od soboty leje.

Wiatry „południowoniefajne”. Jutro czekamy dalej na poprawę. Morale załogi podupada, ale co począć.

My się trzymamy, bo też i mamy trochę przyjemności – wizytujemy przyjaciół tu mieszkających.

Załapałam się (mimochodem) na demonstrację „anty Tony Bleir”. Nie rzucałam jajkami, bo dopiero szłam na zakupy (a i tak było by mi szkoda – a Artur na pewno by nie wybaczył takiej przesadnej rozrzutności)… i w ogóle tak do końca nie wiedziałam o co chodzi, ale dzielnie się GAPIŁAM.

Poza tym pracuję nad zaległościami zdjęciowymi… a żeby nie być gołosłowną już wkleiłam zdjęcia oraz relację z rejsu 7 (TUTAJ).

• 2010-09-06

Rejs morski nr 7/2010 – krótka relacja.

Start: Longyearbyen (Spitsbergen) – 10.07.2010

Meta: Reykiavik (Islandia) – 01.08.2010

Postój Żagle Silnik Mm
184h 53′ 215h 42′ 161h 25′ 1526

Załoga zaokrętowana w składzie:

I wachta: Ania

II wachta: Marek

III wachta: Jacek

IV wachta: Edi

V wachta: Ania z Berga

Odwiedzane porty: Siglufjordur, Isafjordur, Patriksfjordur

Zapisane w dzienniku jachtowym:

15.07.2010

18:00 Wypatruję wielorybów intensywnie… w związku z czym ciągle wydaje mi się, że je widzę, ale to nie one… hmmm… wnerwiające to!

P.S. Płyniemy na południe. Ma być „na południe” ale przez Grenlandię! Adin, dwa, tri, czietirie – żeglarz musi być cierpliwy.

16.07.2010

02:00 Zmiana KK 180˚ na 270˚

22:00 Zmiana KK 270˚ na 180˚

17.07.2010

22:05 WIELORYB!!! Dostrzeżony NARESZCIE! Blisko z wielokrotną fontanną i delfinem ;).

20.07.2010

17:30 Minął nas „pasażer” i popłynął na Grenlandię. Zawiało z półwiatru, steruje Babcia, przyjemnie buja, kurs właściwy… Rety jak fajnie!

21.07.2010

10:00 Temperatura powietrza właśnie osiągnęła 3˚C. Temperatura wody 4,4˚C.

22.07.2010

Między 22:00 a 24:00 Arturowi „udzielił się” temperament Ani (I of.) i było tak: zrzucamy kliwra, stawiamy genuę, wypinamy kliwra, wpinamy drugiego, przepinamy kliwra (bo źle), zrzucamy genuę, stawiamy kliwra… i znów zrzucamy kliwra stawiamy genuę. UF… dobrze, że to Ania z Markiem sami wszystko.

01:00 Kurs zbieżny z górą lodową. Na szczęście postanowiła nas ominąć. W końcu na żaglach to z pierwszeństwem.

23.07.2010

03:30 Zwrot. Do Grenlandii zostało 58,3 Mm… i mniej nie będzie… BU! ale jak stwierdził Jacek „lodołamaczem nie jesteśmy”.

Mgła, temperatura wody 0,1˚C.

16:00 Wyszło słońce, a wraz z nim „niedźwiedzie z gawry” – czyli zaludniło się w kokpicie. Wietrzymy się. wystawiamy buzie do słońca, suszymy sztormiaki, zajadamy ciasteczka i zmierzamy do Islandii.

24.07.2010

02:00 No i stało się! Słonce ZASZŁO i zapadł ZMIERZCH… a może to już ŚWIT??

06:15 Widać ląd! Islandia! Czy będzie prysznic?

22:00 Już jesteśmy w ogródku, już witamy się z gąską…

25.07.2010

Najlepsze krewetki są w Harbour House Cafe.

31.07.2010

Reykiavik.

Nasze zdjęcia z rejsu: TUTAJ