no images were found
Całkiem szybko nam poszedł ten przelot… aż sami jesteśmy zaskoczeni. Wyszliśmy z prognozą wiatru północnego, który uparcie jednak lekko skręcał na wschód… aż skręcił całkiem. Dwa dni halsowania – północ-południe i wreszcie znów wiatr północny (zahaczający ciągle o wschód). Czyli pół drogi ostrym bajdewindem. Siła wiatru około 20 węzłów i więcej. Na szczęście i nam wreszcie musiało się odkręcić. Przyjemnie tak sobie pożeglować pełnym bajdewindem, a nawet półwiatrem. Prędkosć w okolicach 6 węzłów, mile umykają – aż miło zerkać na GPSa.Mogliśmy wiec pozwolić sobie na postój w Portugalii.
no images were found
Wczoraj był dzień gospodarczo-wypoczynkowy… a w taki dzień nie może obejść się bez rosołu. A dlaczego? Bo cóż Artura pokrzepi lepiej, gdy po raz kolejny do achterpiku ma zstąpić… może tylko porto ;)Nie spodziewaliśmy się wcale, że wycieczka ta uświadomi nam, że znów się znaleźliśmy po właściwej stronie Atlantyku*. Najapierw na dachu marketu zobaczyliśmy wielkie gniazdo bociana i samego bociana we własnej osobie. I od razu zakrzyknęliśmy – jak w „Seksmisji”: „Bociuś! Hahaha! Uratowani”! (Dla przypomnienia-bo warto :)-zobaczcie tą scenę)
no images were found
A to jeszcze nie koniec! Dodatkowo odnaleźliśmy na półce ogórki konserwowe – takie nasze – polskie pyszniutkie korniszony. Tu muszę przyznać, że pół Atlantyku marzył mi się taki polski ogórek konserwowy. Myślicie sobie, że marzyć to trzeba o wielkich rzeczach – rejs dookoła świata, zdobycie Everestu idąc tyłem… a ja nie – mi się marzył zwykły polski korniszonek. I wcale to marzenie nie było małe! Bo to wielkie szczęście znaleźć gdzieś poza Polską ogórka konserwowego (nie licząc Anglii i Irlandii)! A tu w Lagos są! I tak oto marzenia na Bergu się spełniają :)Wszystkiego dopełniła prawdziwa żółta kura i porto. Żyć nie umierać!
P.S.*Nie żeby na Karaibach źle nam było… ale jakoś tak… obco. „Białe pyski” to dla lokalnych chodzące dolce, a to takie niemiłe.
P.S.2 Dziś ruszamy w stronę Gibraltaru.
Super piszesz chce się tam być….:(
Pamiętam, że żółta zupa to przysmak Artura. Mój zresztą też.
Pozdrowienia
Mniam, pychota. Zaraz też będę obiad jadła, ale rosołu, niestety nie ;)
Dobrych wiatrów i do zobaczenia.
Krzysztof! To profanacja nazywanie ROSOŁU zupą!
P.S. To oczywiście mój przysmak.
Gdyby wiatry przywiały was do Szczecina, to ja się pisze na zalewajkę.
Zdrówka życzę!
bociany zawsze sa w Lagos – pamietam, ze w jesieni krazyly przed odlotem zupelnie jak w PL. Tyle, ze stamtad blizej im do Afryki. A w Gibraltarze tez mozna milo spedzic czas. Tylko uiwazajcie na malpki – moga byc zlosliwe, albo i ukrasc cos. A pozniej juz ich nie dogonisz. Jeszcze wracajac do Lagos. Staliscie w pierwszym porcie po prawej stronie (rybacki) czy w tym drugim – ekskluzywnym? Kilka lat temu mieli tam iscie ekskluzywne ceny za postoj. Ciekawe czy teraz cos spuscili z tonu gdy nadszedl kryzys.
Hej,
Pozdrówcie ode mnie małpki koniecznie :) Tylko nie karmcie, drogo wychodzi…
Trzymajcie się cieplutko
Lechu. A to mi smaka zrobiłeś na arturową zalewajkę! Nie ładnie tak! Właśnie skończyła nam się mąka żytnia i ni jak zakwasu nie da się zrobić. Buuu!
Mikołaj. W Lagos staliśmy w marinie za mostem (to chyba ta ekskluzywna). Ceny dość znośne – 25Euro/doba dla naszego jachtu.
A co do małpek… chyba wreszcie wybierzemy się na tą Skałę… bo jeszcze nam się ani razu nie chciało :)
Mała – Ty o korniszonkach ..a nie marzy Ci się polski kiszonek…mniam…własnie spożywam…