Rejs 10/2011 – relacja Joasi

Rejs morski nr 10/2011 – krótka relacja.

Start: Funchal (Madera) – 10.07.2011

Meta: Las Palmas (Gran Canaria) – 23.07.2011

Postój Żagle Silnik Mm
174h50′ 87h10′ 6 h 446

Załoga zaokrętowana w składzie:

Ola, Joasia, Zuzia

Odwiedzane porty: Graciosa, Playa Blanca (Lanzarotte), Morro Jable (Fuerteventura)

Relacja Joasi: (Wklejam bez poprawek – bo nie ma co… a poza tym cenzura umarła już dawno temu ;))

”Babski Rejs” na s/y Berg, 10-23 VII 2011

Jak już wiadomo z poprzednich postów, rejs rozpoczął się w Funchal, na Maderze, gdzie  miałyśmy okazję poznać wszystkich należących do naszej załogi, z którą to spędzić mieliśmy kolejne 13 dni na pokładzie Berga. Ja, to jest Joasia, wraz z Zuzią byłyśmy doprawdy wykończone podróżą, wobec czego musiałyśmy odpocząć, aby następnego dnia móc spokojnie zwiedzić okolice portu, porobić pierwsze zdjęcia i, rzecz jasna, nawdychać się zdrowego, morskiego powietrza. Na pewno nie było tam równie gorąco, jak w Madrycie, ale z pewnością bardziej duszno, do czego musiałyśmy się powoli przyzwyczajać. Nie miałyśmy okazji zwiedzić reszty wyspy, a do najmniejszych ona nie należała, niemniej nacieszyłyśmy się miejskim parkiem i tamtejszym oczkiem wodnym.

Zadomowiłyśmy się na pokładzie zakotwiczonego poza Mariną Berga, i wraz z następnym dniem mogliśmy wyruszyć w stronę pierwszej, hiszpańskiej wyspy: Graciosa. Niestety, płynęliśmy bajdewindem przy dużej fali, co za tym idzie… nie za długo wytrzymałam na nogach i po parunastu godzinach wylądowałam w swojej koi, mając nadzieję, że mój żołądek dotrwa do końca podróży w jednym kawałku. Mogłam jedynie obserwować to, co się działo ponad mną, poprzez luki, a widziałam tylko tyle, że Berg (oraz załoga) co chwila zostawał zalewany coraz to nowymi falami słonej wody Atlantyku. Reasumując, dla mnie ten fragment podróży, choć najdłuższy, był nadzwyczaj suchy. Kiedy usłyszałam zrzucane żagle, potem włączony silnik… a ‘ziemia’ pode mną przestała się kołysać, mogłam wstać i zobaczyć istnie bajeczny widok czystej, piaszczystej i pustej wyspy, Graciosa. Z naszej czwórki ja jedna byłam nadal blada, ale na szczęście rejs trwał dalej. Zarzuciliśmy kotwicę i zeszliśmy na ląd, w stronę małego portu, aby tam uzupełnić zapasy i odświeżyć się. Słońce grzało niemiłosiernie – gdyby nie wiatr, na pewno byśmy się upiekły. Okazja pospacerowania po plaży zmarnowana nie została, a i oglądanie podobnej barwy wody zapadła głęboko w pamięć. Osobiście, chętnie bym jeszcze wróciła na Graciosa, aby choć raz obejść ją całą dookoła.

Po Graciosa przyszła pora na sąsiednią wyspę, Lanzarote. Trasa była już krótsza i bardziej przyjazna, toteż mogłam brać żywszy udział w pracy załogi. Podszkoliliśmy się w pływaniu fordewindem, a także w korzystaniu ze zjawisk fizyczno-meteorologicznych w celu określenia odpowiedniego kierunku, gdzie winniśmy płynąć. Do Playa Blanca dopłynęliśmy koło godziny 2:00 w nocy, i mimo wyczerpania udało nam się porozumieć z dwoma tamtejszymi Hiszpanami, którzy dali nam papiery do wypełnienia, a następnie poinformowali, że rano mamy zmienić rzecz jasna miejsce postoju. Niezwykle bawiła mnie rola tłumacza. Zanim poszliśmy spać, pod naszą łódkę przybłąkał się tamtejszy pies, który znał wszystkie możliwe sztuczki (widać miał już wprawę w proszeniu o jedzenie). Nie spuszczał z nas wzroku, ale dziwnym trafem samego pieprzu, którym poczęstowała go Ola, zjeść nie chciał… Wybredny. Po przeprowadzeniu rano Berga w bardziej gustowne miejsce, mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. Port oraz fragment miasta, które zwiedziłyśmy z Zuzią, miał dosyć nieskomplikowane zabudowanie, toteż wycieczkę stanowiła prosta trasa wzdłuż brzegu, mijając dziesiątki knajp, hoteli, restauracji i sklepów z pamiątkami. Spotkałyśmy też pewną Polkę, która oświadczyła, iż w jej hotelu ponad 90% gości to Polacy. Innymi słowy, nie byliśmy sami. Sam środek wyspy mogliśmy pooglądać bardziej na pocztówkach, niż osobiście, a i tak większą część zajmowały najwyraźniej wulkany. Co do ”kucharzenia”, udało się nauczyć, między innymi, piec chleb oraz zrobić jajecznicę, co oczywiście odbije się na przyszłych rejsach…

Następny przystanek: Fuerteventura. Trasa przebiegła pomyślnie, wreszcie trafiła się okazja do postania czas jakiś na nocnej wachcie, a także na podziwianie pięknego, nocnego nieba. Około 8:00 rano dotarliśmy do portu w Morro del Jable. Tego samego dnia wybraliśmy się w drogę wzdłuż plaży oraz otaczających ją ciekawych miejsc, aż po szczyt jednej z okolicznych gór. Kolejnego dnia miałyśmy zamiar wybrać się autobusem w celu zwiedzenia większej części wyspy, jednak kąpiel w oceanie oraz późniejsze fascynujące dokarmianie tamtejszych wiewiórek zajęło tyle czasu, że nie było mowy o dalszym zwiedzaniu. Przed wypłynięciem w kierunku Gran Canarii, mieliśmy przyjemność poznać załogę Geronimo, Grześka oraz Martę, przesympatycznych ludzi z równie ciekawymi anegdotami do opowiedzenia.

Trasa na Gran Canarię była dużo chłodniejsza, i także bajdewindem, na szczęście udało się obejść bez problemów.. żołądkowych. W porcie, to jest, w Las Palmas de Gran Canaria, zanim przemieściliśmy się w inne miejsce, wypożyczyliśmy na stacji benzynowej samochód, aby móc pozwiedzać wyspę jeszcze tego samego dnia, co opłaciło się niezmiernie, bowiem wyspa okazała się duża i wspaniała. Najpierw udaliśmy się na Playa del Inglés, gdzie to mogliśmy podziwiać złote wydmy oraz, jak wiadomo, plażę. Następnie serpentynami w górę wjechaliśmy na parking osadzony gdzieś wysoko, a stamtąd udaliśmy się na szczyt Roque Nublo – 1813m.n.p.m.). Zgrzani i zmęczeni, uwieńczyliśmy naszą podróż niezapomnianymi pejzażami, a następnie udaliśmy się do pobliskiego baru, już po zejściu z góry,  aby ochłonąć i się czegoś napić. W Mogán mieliśmy przyjemność spotkać panią kapitanową, Anię, i razem zjeść w chińskiej restauracji, aby zapełnić żołądki po brzegi przepysznym jedzeniem. Po obiadku, mogliśmy poznać resztę załogi z jachtu, z którego odebraliśmy Anię, porozmawiać aż po zmrok, a potem wrócić na Berga, by tam się spakować i przygotować do wyjazdu następnego dnia. Artur był tak miły, że podwiózł mnie oraz Zuzię pod samo lotnisko, toteż tam właśnie się pożegnaliśmy, aby móc kontynuować te jakże pięknie rozpoczęte morską bryzą wakacje.


One thought on “Rejs 10/2011 – relacja Joasi

  1. Relacja z rejsu bardzo obrazowa; super Joasiu! pozdrawiam Ciebie i Twoją rodzinkę- mama Ani :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.